?

Log in

No account? Create an account

Entries by tag: real life

*wzdech*

Jak się spodziewałam, updatowanie dżurnala nie jest zbyt łatwą sprawą, zwłaszcza jak się siedzi w domu i nic nie robi. A nawet jak już się coś robi tudzież wyjedzie się na przykład do Lublina, to i tak się nie chce...


Za niecałe dwa tygodnie lecę do Włoch. Z jednej strony aż mnie skręca, gdy sobie pomyślę, że znów czeka mnie gorące włoskie lato, beznadziejne jedzenie i wstawanie o czwartej rano. Z drugiej jednak strony przyjemnie będzie wreszcie coś robić, zarabiać pieniądze i chudnąć, bo przecież po co wydawać na jedzenie, jak można nie :P

Mam cudowny, nowy aparat fotograficzny, więc jak tylko podszkolę się w jego używaniu, planuję wykorzystywać weekendy na krótkie wyjazdy w celach uwieczniania przyrody i widoków włoskich i nie tylko (mam nadzieję, że moje postanowienie podróżowania - jedna podróż w miesiącu - w końcu się urzeczywistni).

Anywho, za przygotowania do wyjazdu czas się wziąć!

Tags:

Tannhäuser

Z okazji urodzin Mami zaprosiła mnie na "Tannhäusera" Wagnera w naszej bytomskiej operze.

Od razu na początku pragnę zaznaczyć, że nie przepadam za operą romantyczną, przede wszystkim ze względu na rodzaj głosów, które śpiewacy tego repertuaru prezentują. Nie ma dla mnie nic gorszego niż wibracja, przez którą nie jest się w stanie usłyszeć melodii (a naprawdę mam wrażenie, że niektórzy śpiewacy wykorzystują ją również do ukrycia niezbyt dobrego przygotowania danej arii czy fragmentu utworu; no bo czy skiksujesz czy nie, i tak tego nie da się wysłyszeć).

Pomijając jednak ten fakt, bawiłam się nieźle. Przede wszystkim sama muzyka Wagnera obroniłaby się nawet w najgorszym wykonaniu, a aż tak źle nie było. Obie panie wokalistki dały z siebie wszystko (Wenus miała rodzaj głosu, którego nie lubię, ale za to aktorsko wypadła bardzo przekonująco, a poza tym śpiewała bardzo dobrze; Elżbieta wyglądała jak Świnka Piggy, choć zdolności aktorskie nie aż tak dobre jak wymieniona świnka), Wolfram czy jakżesz mu tam nie było śpiewał czysto, z przyjemną barwą głosu, a i aktorsko nawet nawet. Sekcja dęta orkiestry dała popis jak zwykle, Śląsk znany jest ze swoich dęciaków.

Niestety, minusów było sporo. Po pierwsze smyczki... skrzypcom kazałabym zapłacić karę za torturowanie uszów słuchaczy. Chór żeński w początkowej partii pierwszego aktu - brak słów. No i niestety sam Tannhäuser... aktorsko niemal równie okropny jak pan Szynalski we Wrocławiu, głosowo lepiej, ale tylko odrobinę. Dość powiedzieć, że w pewnym momencie trzeciego aktu czoło me przeszło bliskie spotkanie trzeciego stopnia z poręczą balkonu, kiedy to w geście rozpaczy zgięło mnie w pół. Temu panu mówimy stanowcze NIE!

I jeszcze ostatnie narzekanie: jestem pod tym względem tradycjonalistką, wiem, ale błagam, dajcie mi jak już nie stroje z epoki, to przynajmniej bogatą scenografię i dekoracje, for Kami-sama's sake! Błagam!!!! Zróbcie to dla Wagnera!

誕生日おめでとう~

Trochę dziwnie składać sobie samej życzenia, ale co tam.

Pućku najdroższy, oby Ci się dobrze w życiu układało, zdrowie Ci dopisywało (!), pieniądze codziennie spadały z nieba (w dużej ilości), a wytrwałość w robieniu ćwiczeń nie słabła. Tyle:)

Plany na dziś:
- poćwiczyć (zdrobione),
- zjeść torta (zrobione),
- przeczytać najnowsze rozdziały Haikyuu!! (zrobione, omg, dawać mi następny rozdział!),
- nic nie robić (w trakcie),
- iść na ciastko i herbatkę z Mami i Ciocią do Sowy.

Och nie!

Jeszcze tylko 4 dni mojej względnej młodości! Jeszcze tylko parę dni i będę miała za sobą prawdopodobną jedną trzecią mojego życia. To, że się starzeję, czuję już od dobrych kilku(nastu) lat, bo jak inaczej rozumieć namiętne wypłakiwanie sobie oczu przy ukochanych piosenkach, pięknych widokach za oknem czy tak naprawdę każdej innej rzeczy, która akurat się napatoczy? :P

Z innych wiadomości - biorę się za siebie, bo tłuszczyk z brzucha sam z siebie nie zniknie. Dziś minął trzeci dzień 30-dniowego reżimu z Jillian czy jak też się tam pani nazywa. Daję radę, choć przy drugim cardio moje serce chce wyskoczyć przez usta i nie udaje mu się to tylko dlatego, że jest zbyt zmęczone, by pokonać tę drogę. Oprócz tego w ramach prewencji zakrzepowej posłuchałam się artykułu z gazety o wdzięcznym tytule "Zdrowie" oraz Mami, i wykorzystując to, że marnuję całe dnie na oglądaniu "Mentalisty", połączyłam przyjemne z pożytecznym, jeżdżąc równocześnie 40 minut na rowerze. W tym przypadku najbardziej poszkodowany czuje się mój tyłek, nie przyzwyczajony do niewygodnego siodełka.

Niom, czuję się spełniona dżurnalowo, o tym, jak było u Pućka spróbuję napisać jutro.

Tags:

Szlachetne zdrowie...

... ile Cię trzeba cenić ten tylko się dowie, kto Cię stracił.

Jedno z najmądrzejszych stwierdzeń pod słońcem. Pół poprzedniego roku spędziłam na bieganiu po lekarzach, szpitalach, na kłuciu się po parę razy na miesiąc. Wygląda na to, że ten rok zapowiada się podobnie. Za mną już 3 wizyty, w tym jedna podróż do Warszawy, a przede mną już za dwa dni ponowny wyjazd do stolicy na UWAGA, pobranie krwi. Muszę wykonać bardzo specjalistyczne badania, dzięki którym wykluczyć lub potwierdzić będzie można u mnie występowanie trombofilii. Brzmi błogo, czyż nie? Jako że badania te wykonać można wyłącznie w Warszawie w Instytucie Hematologii, czeka mnie wstawanie o 3 rano, żeby na ósmą zjawić się w Warszawie.

Dobrze, że udało się zapisać na ten tydzień, bo mój biedny brzuszek jest sino-zielony od zastrzyków i powoli zaczyna mi brakować miejsca na wkuwanie>

U Justka

W ramach relaksu po-wizytowo-lekarskiego przyjechałam odwiedzić moją siostrzyczkę, która akurat sama w domu, bo jej chłopak pojechał na urlop do Słupca. Nieważne, czy to tylko dzień, dwa, czy też cały tydzień, czas spędzony z Justkiem to jedne z najlepszych momentów mojego życia. Tym razem będę we Wrocku do wtorku, co daje nam pełno czasu na nic nie robienie, oglądanie filmów i gadanie o wszystkim i o niczym.

W chwili obecnej Bobek jest w pracy, w związku z czym zabawiam się przy pomocy mangi ("Haikyuu!", a jakże by inaczej), soundtracku do "Zankyou no Terror" napisanego przez Yoko Kanno, a w przerwach oglądam pierwsze epizody "Agent Carter" Marvela. I tu zafangirluję trochę - Peggy jest zarypista! Niezwykle kobieca, pełna wdzięku, a równocześnie silna, zdeterminowana i inteligentna jak cholera. Mój typ dziewczyny i bohaterki:) Mam nadzieję, że serial będzie kontynuowany przez więcej niż jeden sezon.

Hmm, herbatka o wdzięcznej nazwie "Spacer po Warszawie" jest całkiem smaczna... *popija z przyjemnością*

Zmęczenie

Tak właśnie ostatnio się czuję - zmęczona. Nie fizycznie, bo cztery miesiące wakacji polegające na czytaniu/słuchaniu/oglądaniu/spaniu/jedzeniu potrafią doprowadzić do powiększenia obwodu w pasie, natomiast z fizycznym wyczerpaniem nie mają nic wspólnego. Nie, tu raczej chodzi o psychikę, o poczucie, że wszystko jest jakieś nie takie, nudne i bez sensu. Bardzo dużo w tym "zasługi" zimy, czy też jej braku. Potrzebuję mrozu, potrzebuję białej ciszy na zewnątrz. Niestety, za oknem wiosennie, natura sama nie wie, jak sobie poradzić z taką temperaturą w styczniu (przepraszam bardzo, +10 stopni? Co to ma być?!?!?). Ale to nie tylko pogoda. Staram się o tym nie myśleć, ale gdzieś tam głęboko we mnie tkwi strach, że coś czeka za rogiem i nagle tabletki przestaną działać, albo któreś z licznych badań, które muszę zrobić, wykryje coś złego, coś przez co nie będę mogła latać, prowadzić takiego życia, do jakiego zdążyłam już przywyknąć. Wczoraj byłam na USG żył głębokich kończyn dolnych, wyniki są bardzo dobre, ale muszę jutro jechać znowu do lekarza, tym razem na USG brzucha, bo pani doktor wczoraj nie widziała lewej żyły czy też tętnicy w moim brzuchu. Jutro dowiem się, dlaczego. Wiem, że pewnie wszystko jest tam ok, ale równocześnie boję się, że jednak nie.

26-go stycznia jadę do Warszawy na hematologię. Tej wizyty boję się najbardziej, bo praktycznie wszystkie przyczyny mojego zatoru zostały wykluczone, poza właśnie genetyczną chorobą krwi. Dopóki nie dowiem się, czy wszystko jest w porządku, dopóty pewnie wisieć nade mną będzie ta chmura depresji.
Wyciągnęłam Tatka na "Hobbita". Bez użycia siły, sam zapytał, kiedy idziemy. I bardzo się z tego cieszę, bo choć jest nieuleczalnym nielubicielem fantastyki w każdej postaci, to od czasu do czasu udaje się nam z Justkiem naciągnąć go na oglądnięcie a to "Hobbita" właśnie, a to "Kapitana Ameryki", a nawet "Księcia Egiptu" (wyzwanie innego nieco, rysunkowego rodzaju). "Hobbit" bardzo się Tacie podobał, a ja muszę stwierdzić, że choć sceny, które nie podobały mi się za pierwszym razem nadal nie przypadają mi do gustu, to cała reszta była taka jakby lepsza? Ciekawsza i lepiej zrobiona? Oczywiście zauważyłam więcej szczegółów, co nie było wcale takie łatwe, bo przez większą część filmu podchlipywałam, a końcówka to już istny potop (mam wytłumaczenie, okres mi się zbliża!:P). Tatek też przyznał, że mu się coś tam w oku na koniec zakręciło :)

Hmmm, jadę w sobotę do Justka... czyżby jeszcze jeden seansik się kroił?

Emigracja...

Oglądnęłam sobie właśnie krótki reportaż o Polakach żyjących za granicą, w Wielkiej Brytanii i Irlandii. Jak to zwykle w tego typu programach mówili o tym, dlaczego wyjechali, jak toczy się ich życie, o poczuciu polskości odkrytym dopiero po opuszczeniu granic naszego kraju.

I tak mnie to skłoniło do rozmyślań o tym, jak to jest z tą moją emigracją. Od razu zaznaczam, że nie czuję się emigrantką, nie w pełnym tego słowa znaczeniu. Owszem, mieszkam we Włoszech i tam pracuję, ale równie dobrze mogę za miesiąc czy dwa zmienić bazę na inny kraj europejski, a nawet na Polskę, gdybym akurat czuła taką potrzebę. Wyjechałam do Włoch nie dlatego, że tu żyło mi się źle, a tam widziałam dla siebie krainę mlekiem i miodem płynącą. Wręcz przeciwnie, nigdy, przenigdy z własnej woli nie zamieszkałabym w tym kraju, była to jedynie rzecz, nad którą nie miałam żadnej kontroli (Ryanair zawsze po zakończeniu kursu wysyła cabin crew tam, gdzie akurat są potrzebni czy potrzebne). To, że żyje mi się tam łatwiej nie jest również żadną zasługą samych Włoch, tylko faktu, że Ryanair, mimo znanego w całej Europie skąpstwa, i tak płaci mi więcej, niż zarabiałabym jako nauczycielka w kraju.

Jest bardzo niewiele rzeczy, które we Włoszech lubię, co więcej - wszystkie pozytywne przykłady, które mogłabym tu przytoczyć mają więcej do czynienia z ludźmi, z którymi pracuję, niż z samym faktem życia we Włoszech. Nie znoszę włoskiej pogody (choć w tym roku zima w Polsce również mnie nie rozpieszcza, niestety), nie cierpię włoskiego prostactwa i braku manier (które widzę na każdym kroku częściej nawet niż zdarza mi się to w Polsce), nie mówiąc już o tym, że włoska kuchnia stała się znana na całym świecie chyba tylko dlatego, że jest prosta do zrobienia. Szczerze mówiąc, jak patrzę na makaron, to chce mi się płakać. Włoska pizza natomiast (choć przyznam, że chodzi mi o tę w Pizie, bo podobno im dalej na południe, tym pizza, jak i ogółem kuchnia włoska jest lepsza i ciekawsza) nie umywa się nie tylko do tej, którą można zjeść w Polsce, ale nawet do zwykłej saizerizowej pizzy w Japonii. Co więcej, o ile w Irlandii czy UK można znaleźć polskie sklepy, dobrze zaopatrzone w rozmaite pyszności, o tyle w Pizie jest jeden sklep rosyjsko/polski, w którym jedynym co warto kupić są ogórki konserwowe (zazwyczaj rosyjskie na dodatek). Ach, jak sobie przypomnę, że w Tsukubie wystarczyło pójść do Yamayi, by znaleźć ogórki z Krakusa.... *rozmarza się* Zostając jeszcze przy temacie jedzeniowym, zadziwia mnie wielce, jak mało we Włoszech jest produktów, które występują w całej Europie. Rozumiem (choć pojąć nie mogę), że Włosi dumni są ze swojej kuchni, ale na litość boską, żeby głupich sosów do ryżu Uncle Ben'sa nie było? Naprawdę, do tej pory, a żyję już tam trzy lata, znalazłam dwa rodzaje jakichkolwiek sosów do ryżu.

Jako osoba uporządkowana i w miarę pracowita, nie cierpię również jeszcze jednej cechy Włochów, mianowicie lenistwa i spóźnialstwa (drugie wynika z pierwszego). Po co zrobić coś dobrze i szybko, skoro można wolno i byle jak, a najlepiej w ogóle, bo po co się przemęczać. Takie podejście widzę nawet u siebie w pracy wśród włoskiej załogi. Piszę nawet, bo jako cabin crew spotykamy się z ludźmi z wielu krajów i kręgów kulturowych, i wszystkie złe cechy włoskie widać wtedy jak na dłoni. A mimo to, że wiele koleżanek i kolegów Włochów krytykuje swój naród właśnie za te wady, nie potrafi przejść dnia bez kłótni z pasażerami, bez siedzenia z tyłu samolotu i robienia niczego, bo czemu nie...

Jak widać, Włochy i ja nie zgadzamy się w ogóle i zawsze gdy ktoś mi mówi, jak to w Polsce jest źle, odpowiadam, że są kraje, w którym jest gorzej. I że owszem, w Polsce nie jest łatwo i wiele, bardzo wiele powinno się zmienić, ale należy tę Polskę kochać i szanować. Pobyt w Japonii nauczył mnie miłości do polskiej przyrody. Pobyt we Włoszech pokazał, że wiele jest rzeczy, za którymi można tęsknić i życzyć sobie, żeby znalazły się również w innych krajach.

I tak oto...

Przyjechałam do Justka, po czym cały dzień spędziłam na nic nie robieniu, oglądaniu anime, czytaniu mangi i tym podobnych. Po powrocie Maleństwa poćwiczyłyśmy brzuszki i mięśnie nóg (co było utrudnione ze względu na głupawkę, która dotyka nas zazwyczaj w najmniej odpowiednim momencie), a potem oglądnęłyśmy finałowy mecz Tsubasy i reszty z Niemcami. Kami-sama, toż to już dwadzieścia dokładnie lat minęło, od kiedy po raz pierwszy wzruszałyśmy się z chłopcami z Nankatsu! Ach, te wspomnienia... Po czym udało mi się Justka namówić na pierwsze dwa odcinki Haikyuu, haha :P A jutro Hobbit!!!