?

Log in

No account? Create an account
Wyciągnęłam Tatka na "Hobbita". Bez użycia siły, sam zapytał, kiedy idziemy. I bardzo się z tego cieszę, bo choć jest nieuleczalnym nielubicielem fantastyki w każdej postaci, to od czasu do czasu udaje się nam z Justkiem naciągnąć go na oglądnięcie a to "Hobbita" właśnie, a to "Kapitana Ameryki", a nawet "Księcia Egiptu" (wyzwanie innego nieco, rysunkowego rodzaju). "Hobbit" bardzo się Tacie podobał, a ja muszę stwierdzić, że choć sceny, które nie podobały mi się za pierwszym razem nadal nie przypadają mi do gustu, to cała reszta była taka jakby lepsza? Ciekawsza i lepiej zrobiona? Oczywiście zauważyłam więcej szczegółów, co nie było wcale takie łatwe, bo przez większą część filmu podchlipywałam, a końcówka to już istny potop (mam wytłumaczenie, okres mi się zbliża!:P). Tatek też przyznał, że mu się coś tam w oku na koniec zakręciło :)

Hmmm, jadę w sobotę do Justka... czyżby jeszcze jeden seansik się kroił?

Emigracja...

Oglądnęłam sobie właśnie krótki reportaż o Polakach żyjących za granicą, w Wielkiej Brytanii i Irlandii. Jak to zwykle w tego typu programach mówili o tym, dlaczego wyjechali, jak toczy się ich życie, o poczuciu polskości odkrytym dopiero po opuszczeniu granic naszego kraju.

I tak mnie to skłoniło do rozmyślań o tym, jak to jest z tą moją emigracją. Od razu zaznaczam, że nie czuję się emigrantką, nie w pełnym tego słowa znaczeniu. Owszem, mieszkam we Włoszech i tam pracuję, ale równie dobrze mogę za miesiąc czy dwa zmienić bazę na inny kraj europejski, a nawet na Polskę, gdybym akurat czuła taką potrzebę. Wyjechałam do Włoch nie dlatego, że tu żyło mi się źle, a tam widziałam dla siebie krainę mlekiem i miodem płynącą. Wręcz przeciwnie, nigdy, przenigdy z własnej woli nie zamieszkałabym w tym kraju, była to jedynie rzecz, nad którą nie miałam żadnej kontroli (Ryanair zawsze po zakończeniu kursu wysyła cabin crew tam, gdzie akurat są potrzebni czy potrzebne). To, że żyje mi się tam łatwiej nie jest również żadną zasługą samych Włoch, tylko faktu, że Ryanair, mimo znanego w całej Europie skąpstwa, i tak płaci mi więcej, niż zarabiałabym jako nauczycielka w kraju.

Jest bardzo niewiele rzeczy, które we Włoszech lubię, co więcej - wszystkie pozytywne przykłady, które mogłabym tu przytoczyć mają więcej do czynienia z ludźmi, z którymi pracuję, niż z samym faktem życia we Włoszech. Nie znoszę włoskiej pogody (choć w tym roku zima w Polsce również mnie nie rozpieszcza, niestety), nie cierpię włoskiego prostactwa i braku manier (które widzę na każdym kroku częściej nawet niż zdarza mi się to w Polsce), nie mówiąc już o tym, że włoska kuchnia stała się znana na całym świecie chyba tylko dlatego, że jest prosta do zrobienia. Szczerze mówiąc, jak patrzę na makaron, to chce mi się płakać. Włoska pizza natomiast (choć przyznam, że chodzi mi o tę w Pizie, bo podobno im dalej na południe, tym pizza, jak i ogółem kuchnia włoska jest lepsza i ciekawsza) nie umywa się nie tylko do tej, którą można zjeść w Polsce, ale nawet do zwykłej saizerizowej pizzy w Japonii. Co więcej, o ile w Irlandii czy UK można znaleźć polskie sklepy, dobrze zaopatrzone w rozmaite pyszności, o tyle w Pizie jest jeden sklep rosyjsko/polski, w którym jedynym co warto kupić są ogórki konserwowe (zazwyczaj rosyjskie na dodatek). Ach, jak sobie przypomnę, że w Tsukubie wystarczyło pójść do Yamayi, by znaleźć ogórki z Krakusa.... *rozmarza się* Zostając jeszcze przy temacie jedzeniowym, zadziwia mnie wielce, jak mało we Włoszech jest produktów, które występują w całej Europie. Rozumiem (choć pojąć nie mogę), że Włosi dumni są ze swojej kuchni, ale na litość boską, żeby głupich sosów do ryżu Uncle Ben'sa nie było? Naprawdę, do tej pory, a żyję już tam trzy lata, znalazłam dwa rodzaje jakichkolwiek sosów do ryżu.

Jako osoba uporządkowana i w miarę pracowita, nie cierpię również jeszcze jednej cechy Włochów, mianowicie lenistwa i spóźnialstwa (drugie wynika z pierwszego). Po co zrobić coś dobrze i szybko, skoro można wolno i byle jak, a najlepiej w ogóle, bo po co się przemęczać. Takie podejście widzę nawet u siebie w pracy wśród włoskiej załogi. Piszę nawet, bo jako cabin crew spotykamy się z ludźmi z wielu krajów i kręgów kulturowych, i wszystkie złe cechy włoskie widać wtedy jak na dłoni. A mimo to, że wiele koleżanek i kolegów Włochów krytykuje swój naród właśnie za te wady, nie potrafi przejść dnia bez kłótni z pasażerami, bez siedzenia z tyłu samolotu i robienia niczego, bo czemu nie...

Jak widać, Włochy i ja nie zgadzamy się w ogóle i zawsze gdy ktoś mi mówi, jak to w Polsce jest źle, odpowiadam, że są kraje, w którym jest gorzej. I że owszem, w Polsce nie jest łatwo i wiele, bardzo wiele powinno się zmienić, ale należy tę Polskę kochać i szanować. Pobyt w Japonii nauczył mnie miłości do polskiej przyrody. Pobyt we Włoszech pokazał, że wiele jest rzeczy, za którymi można tęsknić i życzyć sobie, żeby znalazły się również w innych krajach.

Tak sobie myślę...

Dobrze wiem, dlaczego "Haikyuu!!" jest w moim rankingu sportowych mang/anime wyżej niż "Kuroko no Basket". Nie żebym tego drugiego nie lubiła, wręcz przeciwnie - jutro premiera trzeciego sezonu, pompony do kibicowania przygotowane, może nawet podstawkę z Hyugą pod obowiązkową herbatkę wyjmę. A jednak "Haikyuu!!" wygrywa na całej linii.

Pierwszy i najważniejszy powód jest prosty - podczas gdy koszykówki nigdy specjalnie nie lubiłam, siatkówka to sport dla mnie niezwykle ważny, nie tylko dlatego, że sama w nią lubiłam grać, ale także dlatego, że oglądanie meczów daje mi najwięcej emocji i radości. A teraz, oglądając po raz kolejny pierwszy sezon anime o Karasuno zdałam sobie sprawę z innego powodu: w przeciwieństwie do Kurobasu, w "Haikyuu!!" nie ma żadnych specjalnych sportowych 'mocy' w stylu Ignite Pass, Hawk Eye czy Vanishing Drive. Wszystkie zdolności zawodników są prawdziwe, takie, które w rzeczywistości również występują. Super serw Oikawy to nie żaden wymysł, wystarczy przypomnieć sobie naszego wspaniałego Wlazłego i jego asy serwisowe. I tak dalej, każdy z zawodników się w czymś specjalizuje, ale żaden nie jest supermanem.

A, i jeszcze jedno - wszyscy bohaterowie "Haikyuu!!" wyglądają jak licealiści, nawet Asahi czy Daichi. Dla porównania wystarczy przypomnieć sobie Okamurę z Yosen z Kurobasu, który wyglądał jak czterdziestoletni zawodnik rugby albo bramkarz w podejrzanej spelunie.

I dlatego właśnie nie mogę się doczekać na drugi sezon, dlatego właśnie wydałam 40 euro na zamówienie dwóch nowych tomów mangi (cena straszliwa, ale za to tom 15 będzie z DVD!). Dlatego każdy tomik mangi przeczytałam już wielokrotnie, a mimo to nie potrafię bez niej wytrzymać dłużej niż miesiąc. ちなみに, żeby nie było - w ramach ćwiczenia japońskiego czytam sobie "Haikyuu!!" na głos, a co :)

Tags:

Pożegnania nadszedł czas

Ułożyłam sobie w głowie wszystkie odczucia i przemyślenia, które miałam po filmie i wreszcie czuję się na siłach je opisać.

Czy podobała mi się trzecia część przygód hobbita i krasnoludów? Oczywiście, że tak!

Czy trochę się na niej zawiodłam? Niestety tak.

Może zacznę od minusów, których było całkiem sporo i które złożyły się na odczucie zawiedzenia:

- ja rozumiem, że przedstawienie świata takiego jak Śródziemie tolkienowskie nie jest łatwe od strony wizualnej i dlatego istnienie efektów komputerowych jest swego rodzaju błogosławieństwem, ale odniosłam wrażenie, że z części na część ich ilość była coraz większa, a jakość coraz gorsza (patrz: Galadriela),

- Galadriela... co to było?!? Nie chodzi mi o pomysł Jacksona, żeby to ona właśnie wygnała Saurona do Mordoru, bo potrafię sobie wyobrazić, że najpotężniejszy pierścień elfów byłby do tego zdolny. Natomiast nie rozumiem, dlaczego, przepiękna Galadriela musiała wyglądać przy tym jak Samara z amerykańskiej przeróbki "Ringu". Jakość CGI w tym momencie była beznadziejna - przesadzona i szczerze mówiąc bezsensowna,

- i znowu narzekać będę na jakość efektów: w "Powrocie króla" walka pod Minas Tirith była niesamowicie dobrze zrobiona, każdy ork, każdy człowiek w armii sprawiał wrażenie, jakby rzeczywiście pod stolicą Gondoru stały wielotysięczne armie, a nie tłum wygenerowany komputerowo; w "Bitwie pięciu armii" kilkakrotnie wydawało mi się, że w szeregach orków mogę dokładnie stwierdzić, które ze stworów się powtarzają, że cała armia to może z dziesięć stworów powtarzanych kilkadziesiąt razy; tego typu niedoróbki bardzo odbijają się na odbiorze filmu, a przede wszystkim na jego "prawdziwości" (sprawiając, że w tych momentach widz wraca ze świata przedstawionego do swojego fotela w kinie i zdaje sobie sprawę, że to tylko film, a nie dziejąca się właśnie "rzeczywistość"),

- typowo amerykańskie (co dziwne, wszak duch nowozelandzki powinien być silniejszy) umiłowanie patosu, i to w bynajmniej nie pozytywnym znaczeniu; mowa tu o dwóch konkretnych momentach - scenie, gdy Tauriel z martwym Kilim w ramionach płacze, że nie przypuszczała, jak strasznym bólem jest strata miłości, na co Thranduil stwierdza, że to dlatego, że owa miłość była prawdziwa... naprawdę? Thranduil , który przez całą trylogię sprawia wrażenie zimnego i surowego władcy (zwłaszcza w stosundku do Tauriel właśnie!) nagle wyskakuje z tekstem jak z brazylijskiej telenoweli... Druga scena (również z udziałem Thranduila) to ta, gdy z tzw. dupy jeża król elfów zwraca się do Legolasa, że jego matka go kochała... no i git, ale co to ma wspólnego z czymkolwiek???

- Azog. Dlaczego, ach dlaczego cały był zrobiony komputerowo? Nawet jego zastępca, jakkolwiek było mu na imię, sprawiał wrażenie bardziej rzeczywistego i naturalnego; dajcie mi gumową maskę nad najlepsze nawet CGI,

- Legolas skaczący z kamienia na kamień po spadającym moście. Wyglądało to jak Super Mario w początkach istnienia gry. Tyle.

Dobrze, powyżywałam się, teraz plusy:

- wiele scen przyprawiło mnie o gęsią skórkę, każda z innego powodu: jedną z nich jest rozmowa Barda z Thorinem przez wąski otwór w zasypanych wrotach Ereboru, niby nic takiego, a przepełniona tak wielkimi emocjami; Thorin mówiący o złocie i brzmiący zupełnie jak Smaug; rozpacz Tauriel po śmierci Kiliego; walka staruszków Sarumana, Gandalfa i Elronda z Upiorami (scena właściwie nie potrzebna, ale przynajmniej dobrze nakręcona); krasnoludy stawiające ścianę z tarcz przed armią orków i elfy przeskakujące przez nią w ataku,

- Tauriel i Kili. Mówcie sobie, co chcecie, ale Tauriel to jeden z najlepszych pomysłów Jacksona, a uczucie między elfem i krasnoludem to coś, czego zupełnie się nie spodziewałam, a co sprawdziło się w stu procentach; ciekawe, czy pogrążona w żałobie Tauriel udała się za Morze...

- melancholijna, prosta i w swej prostocie piękna piosenka Billy'ego Boyda,

- wszystkie cudowne postaci, które stworzył Tolkien, z którymi tak trudno się rozstać,

- przepiękne scenerie, o których zobaczeniu nie przestaję marzyć,

- Śródziemie.

Nawet dodatek humorystyczny w postaci niezwykle wkurzającego przydupasa władcy Esgaroth zaliczę raczej do udanych dodatków reżysera trylogii.

Podsumowując: mimo wielu minusów, oglądało mi się trzecią część Hobbita z przyjemnością pomieszaną ze smutkiem, że to już koniec, że już nie będę wyczekiwać grudnia, by raz jeszcze zanurzyć się w świecie Śródziemia. Pójdę do kina raz jeszcze z Tatkiem, bo jak już udało mi się go namówić na dwie poprzednie części, to i tę oglądnie ze mną, a co. A może nawet raz jeszcze, tym razem sama, żeby w ciszy i samotności uronić łzę.

Hmmm....

No i było mi się z Justkiem na Hobbicie. Muszę sobie przemyśleć, co chcę napisać, więc wpis pojawi się jutro. Tyle.

I tak oto...

Przyjechałam do Justka, po czym cały dzień spędziłam na nic nie robieniu, oglądaniu anime, czytaniu mangi i tym podobnych. Po powrocie Maleństwa poćwiczyłyśmy brzuszki i mięśnie nóg (co było utrudnione ze względu na głupawkę, która dotyka nas zazwyczaj w najmniej odpowiednim momencie), a potem oglądnęłyśmy finałowy mecz Tsubasy i reszty z Niemcami. Kami-sama, toż to już dwadzieścia dokładnie lat minęło, od kiedy po raz pierwszy wzruszałyśmy się z chłopcami z Nankatsu! Ach, te wspomnienia... Po czym udało mi się Justka namówić na pierwsze dwa odcinki Haikyuu, haha :P A jutro Hobbit!!!

Eh...

Tak sobie myślę, że w gruncie rzeczy niewiele się zmieniłam od czasów szkolnych. Nadal największą przyjemność sprawia mi bycie ze sobą samą, z książką czy filmem na lapku, z mangą w ręce, a wszystkiemu ma towarzyszyć herbata. I tyle, więcej do szczęścia mi nie potrzeba.

Jutro rano jadę do Justka, więc może a nuż zdarzy się coś, o czym warto by napisać.

I tak to dzień drugi sobie mija

Drugi dzień nowego roku... Jak na razie postanowienia noworoczne spełnione. Wiem, nie powinnam być taka zadowolona, że aż całe dwa dni udaje mi się robić ćwiczenia, czytać Harry'ego Pottera po japońsku czy pisać o pierdołach na blogu, zarówno polskim jak i japońskim, ale co tam, każda mała radość się liczy.

Do większego zadowolenia brakuje mi tylko śniegu i mrozu, którymi w tym roku (w zeszłym również) zima niestety nie rozpieszcza. Podobno od połowy przyszłego tygodnia ma być odrobinę zimniej. Dobrze by było, bo to prawdopodobnie jedyny sposób na wyciągnięcie mnie z domu. Całe szczęście mam Justka, którego jadę odwiedzić w niedzielę, bo chcę wreszcie na "Hobbita" iść!

Tags:

あけましておめでとう~☆ミ

Tak oto minął rok 2014, w którym to nie udało mi się napisać nawet jednej króciutkiej notki.

Nie mogę w to uwierzyć - czyżby naprawdę ani razu nie chciało mi się siąść na pięć minut przed ekranem komputera, by zapisać co też ciekawego/śmiesznego/denerwującego się wydarzyło? Czyżby moje życie było aż tak nudne? A może to ja z roku na rok coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że jestem mistrzem nicnieróbstwa i dobrze mi z tym i kto by tam opisywał swój dzień czy dzielił się swoimi przemyśleniami, skoro można spędzić czas na wpatrywaniu się w niebo i myśleniu o niebieskich migdałach?

A przecież działo się dużo, choć w podsumowaniu wyszło na to, że niekoniecznie dobrego. Cudownych trzech tygodni w marcowej Japonii z siostrzyczką nic nie przesłoni, ale poza tym cały rok stał pod znakiem choroby, lekarzy, szpitali (po raz pierwszy w życiu!) i ogólnej depresji.

Może właśnie dlatego postanowiłam wrócić do pisania dżurnala. Żeby pod koniec przyszłego roku przeczytać wpisy i stwierdzić, że jednak nie, dzieje się w moim życiu więcej pozytywnego niż negatywnego, że przede mną jeszcze wiele cudownych odkryć i radości, że nie jest tylko szaro-buro i ponuro.

Noc sylwestrowa spędzona na graniu w planszówki (i byciu pożeranym przez Yog-Sothotha tudzież pokonanym przez epidemię bodajże ptasiej grypy) wydaje się całkiem niezłym początkiem na udany nowy rok (^_^)y

Tags:

Sweet scary memories

Za przykładem Katji (a raczej pod wpływem tysiąca jej postów na tumblru) zaczęłam ostatnio raz jeszcze oglądać "Z Archiwum X", tym razem z mocnym postanowieniem, że wreszcie oglądnę ten serial do końca. Do tej pory każda próba kończyła się porażką w okolicach trzeciego sezonu wraz z coraz większą ilością odcinków z serii "spiskujemy-kosmici-istnieją-facet-z-papierosem-kosmici-ohnosiostraMuldera-czy-wspomniałam-spisek". Obawiam się, że i tym razem duże prawdopodobieństwo istnieje, że zanim pojawi się Krajcek (tak się nazywał? czy tylko mi się wydaje?) znudzą mi się te wszystkie intrygi i znowu nie dojdę do ciąży (?) Scully. Zobaczymy. Jak by nie było, odcinki w stylu "Tooms" albo "Darkness Falls" w dalszym ciągu przyprawiają mnie o ciarki strachu. Jak dla mnie cały serial powinien opierać się właśnie na tego typu sprawach. Po co sięgać w kosmos, skoro na Ziemi istnieje tyle niewyjaśnionych, przedziwnych zdarzeń, miejsc, które aż proszą się o zbadanie?!

Z innych wiadomości - nadal jest gorąco, w związku z czym zamieniłam się już w całkowitego odludka. Z niecierpliwością czekam na jesień i ponowne narodziny :P