_meikyuu_ (_meikyuu_) wrote,
_meikyuu_
_meikyuu_

  • Mood:
  • Music:

Pożegnania nadszedł czas

Ułożyłam sobie w głowie wszystkie odczucia i przemyślenia, które miałam po filmie i wreszcie czuję się na siłach je opisać.

Czy podobała mi się trzecia część przygód hobbita i krasnoludów? Oczywiście, że tak!

Czy trochę się na niej zawiodłam? Niestety tak.

Może zacznę od minusów, których było całkiem sporo i które złożyły się na odczucie zawiedzenia:

- ja rozumiem, że przedstawienie świata takiego jak Śródziemie tolkienowskie nie jest łatwe od strony wizualnej i dlatego istnienie efektów komputerowych jest swego rodzaju błogosławieństwem, ale odniosłam wrażenie, że z części na część ich ilość była coraz większa, a jakość coraz gorsza (patrz: Galadriela),

- Galadriela... co to było?!? Nie chodzi mi o pomysł Jacksona, żeby to ona właśnie wygnała Saurona do Mordoru, bo potrafię sobie wyobrazić, że najpotężniejszy pierścień elfów byłby do tego zdolny. Natomiast nie rozumiem, dlaczego, przepiękna Galadriela musiała wyglądać przy tym jak Samara z amerykańskiej przeróbki "Ringu". Jakość CGI w tym momencie była beznadziejna - przesadzona i szczerze mówiąc bezsensowna,

- i znowu narzekać będę na jakość efektów: w "Powrocie króla" walka pod Minas Tirith była niesamowicie dobrze zrobiona, każdy ork, każdy człowiek w armii sprawiał wrażenie, jakby rzeczywiście pod stolicą Gondoru stały wielotysięczne armie, a nie tłum wygenerowany komputerowo; w "Bitwie pięciu armii" kilkakrotnie wydawało mi się, że w szeregach orków mogę dokładnie stwierdzić, które ze stworów się powtarzają, że cała armia to może z dziesięć stworów powtarzanych kilkadziesiąt razy; tego typu niedoróbki bardzo odbijają się na odbiorze filmu, a przede wszystkim na jego "prawdziwości" (sprawiając, że w tych momentach widz wraca ze świata przedstawionego do swojego fotela w kinie i zdaje sobie sprawę, że to tylko film, a nie dziejąca się właśnie "rzeczywistość"),

- typowo amerykańskie (co dziwne, wszak duch nowozelandzki powinien być silniejszy) umiłowanie patosu, i to w bynajmniej nie pozytywnym znaczeniu; mowa tu o dwóch konkretnych momentach - scenie, gdy Tauriel z martwym Kilim w ramionach płacze, że nie przypuszczała, jak strasznym bólem jest strata miłości, na co Thranduil stwierdza, że to dlatego, że owa miłość była prawdziwa... naprawdę? Thranduil , który przez całą trylogię sprawia wrażenie zimnego i surowego władcy (zwłaszcza w stosundku do Tauriel właśnie!) nagle wyskakuje z tekstem jak z brazylijskiej telenoweli... Druga scena (również z udziałem Thranduila) to ta, gdy z tzw. dupy jeża król elfów zwraca się do Legolasa, że jego matka go kochała... no i git, ale co to ma wspólnego z czymkolwiek???

- Azog. Dlaczego, ach dlaczego cały był zrobiony komputerowo? Nawet jego zastępca, jakkolwiek było mu na imię, sprawiał wrażenie bardziej rzeczywistego i naturalnego; dajcie mi gumową maskę nad najlepsze nawet CGI,

- Legolas skaczący z kamienia na kamień po spadającym moście. Wyglądało to jak Super Mario w początkach istnienia gry. Tyle.

Dobrze, powyżywałam się, teraz plusy:

- wiele scen przyprawiło mnie o gęsią skórkę, każda z innego powodu: jedną z nich jest rozmowa Barda z Thorinem przez wąski otwór w zasypanych wrotach Ereboru, niby nic takiego, a przepełniona tak wielkimi emocjami; Thorin mówiący o złocie i brzmiący zupełnie jak Smaug; rozpacz Tauriel po śmierci Kiliego; walka staruszków Sarumana, Gandalfa i Elronda z Upiorami (scena właściwie nie potrzebna, ale przynajmniej dobrze nakręcona); krasnoludy stawiające ścianę z tarcz przed armią orków i elfy przeskakujące przez nią w ataku,

- Tauriel i Kili. Mówcie sobie, co chcecie, ale Tauriel to jeden z najlepszych pomysłów Jacksona, a uczucie między elfem i krasnoludem to coś, czego zupełnie się nie spodziewałam, a co sprawdziło się w stu procentach; ciekawe, czy pogrążona w żałobie Tauriel udała się za Morze...

- melancholijna, prosta i w swej prostocie piękna piosenka Billy'ego Boyda,

- wszystkie cudowne postaci, które stworzył Tolkien, z którymi tak trudno się rozstać,

- przepiękne scenerie, o których zobaczeniu nie przestaję marzyć,

- Śródziemie.

Nawet dodatek humorystyczny w postaci niezwykle wkurzającego przydupasa władcy Esgaroth zaliczę raczej do udanych dodatków reżysera trylogii.

Podsumowując: mimo wielu minusów, oglądało mi się trzecią część Hobbita z przyjemnością pomieszaną ze smutkiem, że to już koniec, że już nie będę wyczekiwać grudnia, by raz jeszcze zanurzyć się w świecie Śródziemia. Pójdę do kina raz jeszcze z Tatkiem, bo jak już udało mi się go namówić na dwie poprzednie części, to i tę oglądnie ze mną, a co. A może nawet raz jeszcze, tym razem sama, żeby w ciszy i samotności uronić łzę.
Tags: hobbit, tolkien, wspomnienia
Subscribe
  • Post a new comment

    Error

    default userpic

    Your reply will be screened

    When you submit the form an invisible reCAPTCHA check will be performed.
    You must follow the Privacy Policy and Google Terms of use.
  • 2 comments